Dziewczyna z miasta czy ze wsi? Oto jest dylemat

agroturystyka
– Michał! Wyjeżdżamy! – poinformowała mnie moja dziewczyna z oburzeniem. – Nie zostanę tu ani minuty dłużej!
    Kompletnie mnie zaskoczyła. Jeszcze przed chwilą radośnie pomagała gospodyni w oporządzaniu trzody i dojeniu. W domu od tygodnia nie słyszałem nic innego, jak tylko zachwyty nad prostym wiejskim życiem na łonie natury. Nie byłem pewien czy mnie się to spodoba, jednak w końcu zgodziłem się na parę dni w gospodarstwie agroturystycznym, specjalnie dla Ireny.
    Tymczasem teraz, ledwo wróciliśmy do swojego pokoju po niecałym dniu pracy, jej nastrój był całkiem inny.
    – Ale dlaczego, Irenko? – zapytałem.
    – Jak to „dlaczego”? – Moja ukochana patrzyła na mnie szeroko rozwartymi oczami. – Dziesięć minut jazdy konno i cały dzień harowania przy cuchnących świniach. To ma być wypoczynek?
    – Przecież sama mówiłaś, że chciałabyś zakosztować życia na łonie natury – zacytowałem.
    – No właśnie: życia, a nie urlopu w stodole.
    Nie lubię się z nią kłócić, jednak nie mogłem tak łatwo zrezygnować. Miejsce było naprawdę czarujące, dawno już nie spędzałem czasu tak przyjemnie, a pieniądze i tak nam już przepadły.
    – Kochanie – powiedziałem spokojnie – każde gospodarstwo agroturystyczne oferuje wypoczynek połączony z pracą . Wielu ludzi nigdy tego…
    – A więc wiedziałeś, że tak to wszystko wygląda? – Próba uspokojenia wywołała efekt odwrotny i Irena niemal wpadła w furię. – Wiedziałeś, że przez większość czasu będziemy latać za świniami i kozami? No tak, bo według ciebie ja nadaję się tylko do roboty! Nawet jak jedziemy na wakacje, to po to, żebym harowała!
    – Myślałem, że wiesz, że…
    – Wiedzieć to ty powinieneś, że ja preferuję jazdę na koniach, a nie sprzątanie po nich! Bez dyskusji! Możesz się już zacząć pakować – zarządziła, zbierając się na kolację.
    Schodząc do kuchni, doszedłem do wniosku, że ma rację. Powinienem wziąć pod uwagę, że tak krucha istotka jak ona zdecydowanie nie jest stworzona do ciężkiej pracy przy zwierzętach. Oczywiście, że zasługiwała na coś lepszego niż praca w takich warunkach! Uwielbiała jeździć konno, więc przez roztargnienie mogła nie zauważyć, że gospodarstwo agroturystyczne to coś więcej niż zabawa na pastwisku.
    Zdecydowanie nie chciałem jej męczyć czymś, czego nie lubi, co jednak nie zmieniało faktu, że szkoda mi było wyjeżdżać.
    – Bardzo mi się u państwa podoba, niestety, będziemy musieli wracać – odezwała się uprzejmie do gospodyni pod koniec kolacji. – Przed chwilą odebrałam telefon od dyrektora mojej firmy, bardzo mnie potrzebują.
    Kobieta przyjęła wiadomość z wyrozumiałym spokojem, a ja westchnąłem. W przeciwieństwie do szefa Ireny, mój zapewne nie będzie tak optymistycznie nastawiony do zmiany terminów dni wolnych. Nie znajdziemy drugiej wycieczki wystarczająco szybko, tak więc zapowiadało się, że resztę przerwy od pracy spędzę przed telewizorem.

   Mieliśmy wyjeżdżać następnego dnia o dziesiątej, więc o ósmej miałem jeszcze chwilę na krótki spacer po łące, pomiędzy jabłoniami uginającymi się pod ciężarem owoców.
    – Dzień dobry! – usłyszałem zza pleców. Parę kroków za mną szła dziewczyna niewiele młodsza ode mnie i wyraźnie starała się dogonić mnie szybkim krokiem. Jej włosy falowały w rytm kroków i błyszczały się w słońcu, podobnie jak jasna letnia sukienka.
    Odpowiedziałem, jednak nie orientowałem się, kim jest nieznajoma.
    – Nazywam się Julia. Nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać.
    Faktycznie. Kiedy wczoraj przyjechaliśmy gospodyni wspomniała, że ma córkę o tym imieniu. Nie było jej jednak, bo pomagała ojcu przy rozwożeniu owoców. Widocznie wrócili dopiero w nocy.
    – A więc wyjeżdża pan? – zapytała z ledwo widocznym smutkiem. Ten fakt sprawił, że od razu straciłem dobry humor.
    – Tak… Pilny telefon… Firma… – dukałem z trudem, bo nie lubię kłamać.
    – Może nie powinnam tego mówić – zaczęła dziewczyna niepewnie – ale wczorajszą kłótnię państwa słychać było aż na dole. Rozumie pan, tutaj nie ma grubych dźwiękoszczelnych drzwi – dodała na koniec żartem.
    – Tak… – przyznałem zakłopotany jeszcze bardziej niż przed chwilą. Nie wiedziałem, co powiedzieć na swoją obronę, na szczęście Julia natychmiast zmieniła temat:
    – Ale panu podobno bardzo się u nas podoba?
    – Och, bardzo! – ucieszyłem się na samo wspomnienie wczorajszego dnia. – Dawno już tak nie wypoczywałem. Jest tak spokojnie i ciepło, wspaniałe powietrze, drzewa szumią… Gdyby jeszcze Irena chciała zostać. Już ten pierwszy dzień ją zmęczył, a nie chcę, żeby źle się czuła.
    Julia pokiwała głową w podobny sposób jak wczoraj jej matka, kiedy dowiedziała się o zmianie naszych planów. Po ostrożnym namyśle dodała jednak:
    – A może pan by został?
    – Słucham?
    – No… Pana dziewczyna wróciłaby do domu, skoro tak tego potrzebuje, a pan mógłby pobyć jeszcze parę dni tutaj – mówiła niezbyt pewnie patrząc na mnie swymi niebieskimi oczami. – W końcu pobyt i tak jest już opłacony, a panu także należy się odpoczynek. Bo coś mi się zdaje, że nie śpieszy się panu do miasta.
    Po raz pierwszy spojrzałem na sytuację z tego punktu widzenia.
    – Niby tak, ale… Co Irena beze mnie zrobi? Miałbym zostawić ją w domu samą?
    – Czasami tęsknota dobrze robi – stwierdziła, ale najwyraźniej zmieszana własną bezpośredniością, szybko wtrąciła: – Widział pan wierzby nad naszym stawem?
    Miałem jeszcze dobre półtorej godziny, więc nie dałem się długo prosić na dalsze zwiedzanie. Dzikie przerośnięte drzewa rozkładały się nad wodą jak olbrzymie ręce, a Julia spacerowała po nich niczym bajkowa Pocahontas. Odruchowo wyobraziłem sobie, co by było, gdybym zaproponował taką wspinaczkę mojemu delikatnemu kwiatuszkowi i aż skrzywiłem się na jej fochy i ochy, jakie to niebezpieczne, dziecinne i że można się pobrudzić. Tym chętniej wskoczyłem na gałąź, żeby dogonić Julię.
    Każdy drobiazg był pretekstem do rozmowy. Szybko zauważyłem, że dziewczyna nigdy mi nie przerywa, zawsze słucha z wielkim zainteresowaniem i nawet jeśli się w czymś mylę, to nie robi mi wyrzutów, do ostatniej chwili poddając własną wiedzę w wątpliwość.
    I pięknie się śmieje. Wiatr co chwilę wpychał jej do ust końcówki jasnych włosów. Najwyraźniej z powodu pośpiechu nie zdążyła ich uczesać, co tylko dodawało jej uroku.
    Dyskutowaliśmy o wszystkim, na czym moim zdaniem mogła się znać i czym mogła się interesować: o jej rodzinie, gospodarstwie, klientach… Kiedy zacząłem opowiadać jej o pracy, którą podjąłem po studiach, nagle coś sobie przypomniałem.
    – O kurczę! Już prawie jedenasta! – rzuciłem spanikowany.
    – Spokojnie, na pewno pańska dziewczyna się nie pogniewa – pocieszyła. – W końcu jadą państwo samochodem.

   Niestety dla Ireny nie było ważne czym i na którą jedziemy, ale sam fakt, że rano mnie nie było. Na przypomnienie, że przecież mamy auto, odpowiedziała mi całym szeregiem gdybań, co by było, gdybyśmy auta nie mieli.
    – Przyszedłbyś sobie na piętnastą i był zdziwiony, że rzeczy ci się same nie pochowały do walizek? – wściekała się, ledwo co wszedłem na górę. – W sumie to te porozwalane rzeczy są jedynym dowodem na to, że o mnie w ogóle pamiętasz! Przecież zawsze jest kochana Irenka, która cię spakuje, posprząta…
    – Wcale nie musiałaś mnie pakować – przerwałem jej bardziej stanowczo niż zwykle.
    – Ooo… A to dlaczego? – Na chwilę straciła animusz.
    – Bo zostaję – a widząc, że otworzyła oczy jeszcze bardziej, powtórzyłem odważnie – Tak, dobrze słyszałaś. Mi też należy się chwila relaksu. A poza tym… być może chwila odpoczynku od siebie dobrze nam zrobi – zakończyłem już łagodniej, żeby nie przedobrzyć.
    – Ach tak, bo ty córkę gospodarzy zobaczyłeś! – zaśmiała mi się w twarz. – No jasne, w końcu ładna buzia to najważniejsze! Po co ci dojrzała kobieta z pracą, wiedzą i przyszłością? Lepiej zostać tu i pasać kozy latając za fajnymi panienkami!
    – Nie znasz jej! – warknąłem. Wyglądało na to, że także ja nie znałem Ireny.
    – I nie mam zamiaru – zakpiła i wyszła z dwiema walizkami. – Żegnam!

   Nie złamałem się i zostałem. Było mi ciężko. Choć przejrzałem na oczy i wcale nie tęskniłem za wiecznie niezadowoloną Ireną, to jednak coraz wyraźniej docierało do mnie, że miała trochę racji: to bez sensu. Pomimo że uwielbiałem Julię, a jej ciepło i niewinność z każdym dniem coraz bardziej mnie ujmowały, wiedziałem, że nierozsądnie byłoby rzucić wszystko dla głuptaski biegającej po drzewach i nie mającej pojęcia o prawdziwym świecie.
    Wyglądało na to, że choć serce dyktowało inaczej, będę musiał pójść za głosem rozumu i pogodzić się z Ireną. W końcu cóż dziwnego w tym, że była zazdrosna?
    Rankiem ostatniego dnia urlopu usiadłem samotnie w altance z planem napisania długiego czułego listu. Włączyłem laptopa. Dopiero kiedy się uruchomił, przypomniałem sobie, że z mojej próby napisania czegokolwiek nic nie będzie: komputer od miesiąca robił mi dziwaczne numery, a ja ciągle zapominałem oddać go do naprawy.
    – Co robisz? – usłyszałem. Byłem tak załamany, że nawet nie zauważyłem, że Julia zerka mi przez ramię.
    – Wygląda na to, że nic – westchnąłem. – Komputer mi się zepsuł.
    Oczekiwałem, że usiądzie obok i zacznie mnie pocieszać lub w najlepszym wypadku zaproponuje telefon do serwisu komputerowego.
    – Daj, zobaczę – powiedziała jednak niespodziewanie. Ułożyła laptopa na kolanach. – Po prostu wiesza ci się przeglądarka plików. Kiedy wciśniesz to…
    Z szeroko otwartymi oczyma obserwowałem, jak prosta dziewczyna ze wsi w kolejnych krokach przełącza jakieś niezrozumiałe dla mnie ustawienia i po paru minutach doprowadza urządzenie do stanu używalności.
    – Studiowałam informatykę – wyjaśniła krótko rozbawiona moją miną.
    Okazało się, że Julia, oprócz zabawiania gości, zajmuje się również promocją oraz księgowością firmy, nie mówiąc już o stronie internetowej gospodarstwa, którą sama stworzyła. Nasza wczorajsza rozmowa przechodziła co prawda parę razy koło tych kwestii, jednak cały czas przyjmowałem odruchowo, że zajmuje się tym ktoś inny.
    – A co myślałeś? – chichotała. – Że ja tu gąski pasam?
    – Nic nie wspominałaś…
    – Bo nie pytałeś – powiedziała szybko, po czym zawahała się. – A poza tym… Myślałam, że i tak niedługo wyjedziesz i już cię więcej nie zobaczę, więc…
    Tak więc ostatecznie to ja okazałem się głuptaskiem. Który nie dość, że wierzył w naiwne stereotypy, to jeszcze chciał oszukać własne serce.
   

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.