Jak informatyczny plagiat stał się początkiem burzliwego romansu

Referentka przedstawiła twierdzenia, które wcześniej udowodniłem

   – Dowód tego twierdzenia nie jest trudny, jeśli zauważymy, że … – kobieta mówiła to z pięknym amerykańskim akcentem.
   Gdyby zagadnienie, które właśnie przedstawiała nie było tak blisko moich zainteresowań naukowych, to trudno byłoby mi się skupić na tym co mówi, bowiem była to piękna kobieta i do tego szykownie ubrana. Jednak w chwilę później zapomniałem o tym całym jej uroku, a każde słowo łowiłem z najwyższą uwagą. Kiedy skończyła i przewodniczący sesji poprosił o zadawanie pytań byłem pierwszym, który się zgłosił:
   – Czy zna pani pracę pod tytułem „Analiza problemów utrzymywania wiarygodności” z ubiegłorocznej konferencji nt. sztucznej inteligencji, która odbyła się w Varnie?
   – Niestety nie – odpowiedziała z lekceważącym uśmiechem.
   – W tym artykule przedstawiono dowody dwóch twierdzeń, które dzisiaj prezentuje pani jako własne – powiedziałem to, starając się uniknąć w tonie swojej wypowiedzi sarkazmu czy tryumfuu.
   Amerykanka zaczerwieniła się i na moment osłupiała.
   – Przepraszam. Nie wiedziałam o tej pracy i nie miałam możliwości się z nią zapoznać.
   Chciałem jeszcze dodać, że przecież materiały tej konferencji wydało to samo wydawnictwo, do którego czasopisma zgłosiła artykuł zamieszczony w spisie literatury, ale zrobiło mi się jej żal, a do tego głupio, że tak na nią naskoczyłem. Kiwnąłem więc ze zrozumieniem głową i usiadłem.
   Po referacie Amerykanka od razu podeszła do mnie i przeprosiła za incydent.
   – Czy masz może kopię tej pracy? Złożyłam artykuł do czasopisma i chętnie zamieszczę adnotację o powołaniu się na wcześniejszą pracę w tym zakresie – mówiła, jak to w angielskim, bez typowego dla nas per „pan”, ale bardzo grzecznie.
   I w tym momencie całe moje zacietrzewienie prysło. Już nie potrafiłem być na nią zły, że chwali się wynikami, do których z takim trudem sam wcześniej doszedłem. Tym bardziej, że chce mi przyznać pierwszeństwo na piśmie, powołując się na moje prace w znanym czasopiśmie.
   – Wiesz. Z tego co pamiętam jedyny egzemplarz mam w swoim mieszkaniu, ale to niedaleko stąd. Zapraszam więc do siebie na świeżo parzoną kawę, zamiast tej lanej tu w przerwie z termosów.
   Amerykanka uśmiechnęła się z aprobatą, a ja poprowadziłem ją wąskimi staromiejskimi uliczkami. W trakcie spaceru uzupełniliśmy wzajemną prezentację, chociaż już z jej przywieszki wynikało, że ma na imię Susan. Widziałem, że bardziej niż na moją osobę zwracała uwagę na średniowieczne zabytki. Przyznała, że na konferencję przybyła prosto z lotniska i nie miała czasu przyjrzeć się miastu. W końcu dotarliśmy na miejsce. Musiałem przeprosić Susan za konieczność pieszej wspinaczki na moje poddasze na piątym piętrze. Zaprowadziłem ją do jadalnego i poprosiłem by usiadła, a ja najpierw wyłuskałem stosowny tomik z biblioteczki, a dopiero potem wziąłem się za parzenie kawy w moim aneksie kuchennym. Kiedy podawałem kawę, Susan już była pogrążona w lekturze. Nie przeszkadzałem jej.
   – Piękna praca i rzeczywiście wyprzedziłeś mnie. Jak na to wpadłeś? – wyraziła swe uznanie, kończąc po chwili.
   – Jak widzisz po naszych ulicach nie biegają białe niedźwiedzie – mrugnąłem do niej znad filiżanki kawy – a w bibliotekach możesz znaleźć wszystko co najważniejsze i najciekawsze ze światowych badań naukowych. Kiedyś, czytając jakieś amerykańskie prace zauważyłem nieścisłości i brak pewnych wyników. Uzupełniłem więc je po prostu. A jak ty na to wpadłaś?
   – Ja miałam oczytanego opiekuna naukowego mojego doktoratu. Polecił mi co mam czytać i na co zwracać uwagę. Wysłuchałam go, podyskutowaliśmy i zrobiłam co chciał.
   Dalej nasza rozmowa pobiegła trochę w kierunku zwyczajów panujących w naszych środowiskach akademickich, a trochę w kierunku interesujących nas badań. Okazało się, że nie różnimy się aż tak bardzo. Ani się obejrzeliśmy jak nadciągnął wieczór.
   – Ależ ja zostawiłam swoje bagaże w recepcji! Czy mi ich nie zamkną? – przestraszyła się w pewnej chwili Susan.
   Przedzwoniłem więc do recepcji i zorientowałem się, skąd można odebrać rzeczy Susan. Pomimo jej oporów zaofiarowałem swą pomoc i podjechaliśmy pod zamek, w którym odbywała się konferencja. Oczywiście po zabraniu walizek zawiozłem ją do hotelu, w którym miała rezerwację. Kiedy już mieliśmy się rozstać, zaproponowała:
   – Wiesz, Radek… Nie wiem czy w waszym kraju tak wypada, ale bardzo bym chciała zaprosić cię na kolację. To za to, że ci „ukradłam” te dowody i sprawiłam tyle kłopotu.
   – Nie masz się co tak mną przejmować, ale zaproszenie przyjmuję z największą radością.
   – To czekam za trzy kwadranse w restauracji hotelowej.
   Już miałem wsiąść do samochodu, gdy do mojej świadomości dotarło, że nie mam się w co ubrać.
   – Cześć Tadek! Mógłbyś mnie poratować swoim smokingiem? Mam kolację w Sheratonie – rzucałem rozpaczliwie w słuchawkę telefonu.
   – Zazdroszczę. Jak w Sheratonie to pożyczę – kolega uległ czarowi pięciogwiazdkowego hotelu, w którym zwykła filiżanka kawy kosztuje 25 złotych.
   Kiedy o umówionej porze wchodziłem do restauracji hotelowej ujrzałem stojącą tyłem do mnie piękną kobietę w ślicznej, białej sukni wieczorowej. To była Susan. Przypuszczalnie ten jej wspaniały wygląd i mój wykwintny strój sprawiły, że stałem się tak czarujący i szarmancki jak nigdy wcześniej. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale przyglądając się wtedy Susan zauważyłem, że ja również wywarłem na niej mocne wrażenie.
   Po zjedzeniu głównego dania zaproponowano nam zmianę miejsca na kanapę przy stoliku kawowym. Usiedliśmy obok siebie. Do kawy zamówiliśmy koniak, potem jeszcze kilka razy prosiliśmy o dolewkę alkoholu. Susan jakby zrobiło się słabo. Miała nieskoordynowane ruchy, gdy dotykała moich ramion i spodni. Muszę przyznać, że nie byłem obojętny na te jej dotknięcia. Miałem ochotę ją pocałować, ale krępowałem się w restauracji, chociaż była prawie pusta.
   – Odprowadzę cię do pokoju – zdecydowałem w końcu. Kiedy już miałem ją zostawić u drzwi jej pokoju, Susan zachwiała się niebezpiecznie. Pomogłem więc jej wejść do środka i usiąść na łóżku.
   – Kręci mi się w głowie. Możesz usiąść przy mnie? – poprosiła nagle.
   Nie odmówiłbym. Przysunąłem się do niej tak blisko, że już po chwili nasze usta spotkały się.
   Obudził mnie odgłos odkładanej słuchawki telefonicznej. Dopiero po chwili dotarło do mojej świadomości, jak znalazłem się w tym pięknym łóżku luksusowego hotelu. Spojrzałem na Susan. Była już inna niż wczoraj. Ten wieczór bardzo ją zmienił w moich oczach. Pocałowałem ją. Potem kolejny raz. Nagle rozległo się stukanie do drzwi pokoju.
   – Come in – zawołała Susan.
   Drzwi otworzyły się i do pokoju wjechał wózek ze śniadaniem. Susan podała kelnerowi napiwek, a ten dyskretnie wycofał się. Nawet nie zdążyłem się zawstydzić całą tą sytuacją.
   – Masz ochotę wrócić na konferencję? – zapytała w trakcie śniadania.
   – Ja nie, ale pewnie tobie na tym zależy – odpowiedziałem.
   – Nie, skądże. Jeśli mam być szczera, to wolałabym pozwiedzać miasto. W Ameryce nie mamy tak starych budowli.
   – To świetnie! Uwielbiam oprowadzać moich znajomych po swoim rodzinnym mieście – ucieszyłem się.
   Kolejne dni płynęły nam we wspaniałej atmosferze. Ostatniego dnia konferencji nie potrafiłem oprzeć się pokusie, by jakoś przedłużyć ten czas pełen relaksu i miłości. Poprosiłem Susan, by została chociaż kilka dni dłużej.
   – Uważaj, bo mi się bardzo spodobało to twoje miasto, poddaszowe mieszkanko i może zostanę tu już na zawsze – żartowała, kiedy udało jej się otrzymać kilkudniowy urlop.
   Zamieszkała u mnie. Musiałem się bardzo starać, by chociaż trochę zrekompensować jej brak luksusu jaki miała w hotelu.
   Kiedy rozstawaliśmy się po dziesięciu dniach od poznania, czułem jakby minęło dobre pół roku. Susan powiedziała mi o planowanym przez siebie urlopie w agroturystycznym gospodarstwie w Toskanii i zaproponowała, żebym z nią tam się wybrał. Kiedy jednak powiedziałem, że już musiałbym rezerwować bilet na przelot ona poradziła, bym jeszcze się wstrzymał:
   – Niebawem się odezwę – zapewniała.
   Jednak żadnego sygnału od niej od dnia jej wyjazdu nie otrzymałem. Pomimo że wysłałem wiele e-maili z zapytaniami, a nawet próbowałem dzwonić na jej komórkę. Już chciałem rozpocząć jakieś poszukiwania, gdy znalazłem jej nazwisko na liście mówców konferencji w Nowym Yorku. Upewniłem się tylko, że faktycznie tam wystąpiła. Pół roku później znalazłem jej artykuł w czasopiśmie z powołaniem się na moje wcześniejsze prace. Tak jak obiecała.

Tak mniej więcej wyglądała historia pewnych artykułów i konferencji, ale część romansowa jest kompletnie wyssana z palca. Przyszło mi do głowy aby wstawić to opowiadanie, bo stosuję autoplagiat przytaczając notki z poprzedniego bloga ;).

łac. plagium „kradzież” za Wikipedia

You may also like...

2 komentarze

  1. M.P. pisze:

    Muszę powiedzieć, że zakończenie dość nieoczekiwane:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.