Nastoletnia uciekinierka z domu namierzana przez nowoczesną technologię

Piętnastolatka

Byłem w trakcie egzaminu dyplomowego, podczas którego student męczył się z moim pytaniem dotyczącym telefonii komórkowej. Jak na ironię losu w kieszeni koszuli bezgłośnie wibrowała moja komórka. Rzuciłem tylko okiem na wyświetlacz, stwierdzając że to żona, ale nie mogłem w tej sytuacji odebrać.
   Kiedy student odpowiedział, przeprosiłem obecnych i wyskoczyłem na korytarz. Połączyłem się z żoną:
    Co się stało? Przecież wiesz, że mam egzamin.
   – Basia uciekła z domu! – wykrzyczała w słuchawkę łkającym głosem. – Zostawiła list pożegnalny i kartę SIM ze swojego telefonu.
   – Tylko spokojnie, nie denerwuj się – wbrew temu, co powiedziałem, sam popadłem w lekką panikę. – Za pół godziny będę w domu. Nic nie rób beze mnie. Weź coś na uspokojenie – rzucałem do słuchawki to co mi przychodziło do głowy.
   Wróciłem do sali obron i szepnąłem przewodniczącemu, że muszę wyjść z powodu ważnej sprawy rodzinnej. Chyba miałem bardzo wystraszoną minę, bo tylko kiwnął przyzwalająco głową, podsuwając mi protokoły. Wpisałem ocenę i podpisałem, po czym wyszedłem z sali i już pędziłem na parking.
   Duży ruch i ostrożność człowieka w średnim wieku nie pozwoliły mi na rozwinięcie większej niż zwykle prędkości jazdy. Za to przez moją głowę, z prędkością światła, przelatywały myśli o mojej córce. Wśród nich ta najważniejsza: „Dlaczego ona to zrobiła?!”
   Basia jeszcze jako małe dziecko wzbraniała się przed wszelkimi wyrazami czułości. Nie przypominam sobie, abym mógł ją bez protestów pocałować na dobranoc. Nie lubiła też, gdy przyjeżdżałem po nią do szkoły czy na angielski. Często zamiast wdzięczności dawała mi odczuć, że bardzo tego nie lubi. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego. Ale to znaliśmy od dawna i jakoś ostatnio nie zauważyłem żadnej zmiany…
   Dojechawszy na miejsce, błyskawicznie wyskoczyłem z samochodu, wszedłem na klatkę schodową i wbiegłem do góry, z trudem łapiąc oddech. W drzwiach omal nie zderzyłem się z wypatrującą mnie żoną. Od razu mocno się przytuliła i, nie wytrzymawszy napięcia, rozpłakała się. Chwilę głaskałem ją po głowie, a potem łagodnie odsunąłem.
   – Pokaż mi jej list.
   Basia nawet w liście nie była zbyt wylewna.
   „Zrywam się na dłużej, nie szukajcie mnie. Dam sobie radę.
   Całuję gorzko
   Basia”
   – Dlaczego to zrobiła? – zapytała żona.
   – Może dlatego, że jej nie chcieliśmy puścić na wakacje ze znajomymi?
   – Przecież ma dopiero piętnaście lat.
   – Jej się wydaję, że jest już dorosła. Od zawsze uważała, że jesteśmy nadopiekuńczy i dajemy jej za mało swobody!
   – Ale co my teraz zrobimy?
   – Namierzymy ją! Pewnie ma w telefonie nową kartę SIM, żebyśmy do niej nie dzwonili. Ale każda komórka ma numer IMEI, który pozwala go precyzyjnie namierzyć. Mam znajomego w policji, który jest mi winien przysługę. Zrobiłem im kiedyś ekspertyzę.
   – Chcesz zawiadomić policję!?
   – Tylko oni mogą zażądać od operatora tych danych. Musimy tylko zgłosić oficjalnie jej zniknięcie. Zrobię to sam, a ty obdzwoń jej koleżanki. Może któraś coś wie.
   Zgłosiłem zaginięcie córki i zadzwoniłem do znajomego, prosząc go o pomoc. Musieliśmy się uzbroić w cierpliwość, bo takie dane trudno uzyskać od ręki. Na wszelki wypadek spakowałem nas, a żona wciąż obdzwaniała znajomych Basi. Jeden z telefonów przyniósł pierwszą informację.
   – Julka powiedziała, że Basia ostatnio wiele mówiła o jakiejś wyprawie do Dębek. To gdzieś nad morzem.
   – Jedziemy tam! – podjąłem błyskawicznie decyzję.
   Już w trakcie drogi dostałem telefon od znajomego z policji, który potwierdził nasze przypuszczenia. Zajechaliśmy tam późną nocą. Odwiedziliśmy po drodze kilka domów wczasowych, zanim trafiliśmy na wolny pokój. Obudziliśmy się wcześnie i od razu po śniadaniu wyruszyliśmy na poszukiwania.

Zaczęliśmy od plaży. Już przy wejściu zwróciło naszą uwagę zbiegowisko nad brzegiem morza. Ludzie rozmawiali o jakiejś nastolatce, która się utopiła. Moje serce zamarło. Spojrzałem na żonę. Ona zareagowała równie nerwowo.
   – Czego się gapisz? Musimy się tam dostać i sprawdzić czy to aby nie … – głos jej się załamał.
   Zaczęliśmy przepychać się przez tłum, ale zanim dotarliśmy do brzegu, zwłoki zostały zabrane do kostnicy. Zapytałem więc stojącego nad brzegiem morza ratownika, pokazując fotografię Basi:
   – Czy to była ta dziewczyna?
   Ratownik spojrzał na fotografię i odpowiedział z namysłem:
   – Wygląda trochę podobnie, ale śmierć zmienia człowieka. Nie chciałbym pana wprowadzić w błąd. Musi pan sam sprawdzić, bo jak dotąd nikt z plaży się nie zgłosił.
   W tym momencie żona zaczęła płakać.
   – Nie histeryzuj, jeszcze nic nie wiadomo. Musimy pojechać do tej kostnicy. Tylko gdzie ona jest?
   – W Wejherowie – uprzejmie podpowiedział ratownik.
   Podałem żonie chusteczkę i przytuliłem ją. Uspokoiła się trochę, więc poszliśmy do najbliższego wyjścia z plaży, a potem na parking. Tej drogi z Dębek do Wejherowa chyba nie zapomnę do końca życia. Zaledwie trzydzieści kilometrów, a wydawało mi się, że to dziesięciokrotnie więcej. Kiedy dotarliśmy na miejsce, poprosiłem żonę żeby została i pozwoliła mnie samemu przyjrzeć się martwej dziewczynie. Pomieszczenia były zimne i nieprzyjemne. Pracownik poprowadził mnie do jednego z ciał przykrytych białym prześcieradłem. Zanim je odkrył spojrzał jeszcze na mnie.
   – Proszę, niech pan pokaże. Jestem gotów.
   Na stole leżała dziewczyna rzeczywiście trochę podobna do Basi. Ale z pewnością to nie była ona.
   – To nie ona. Dziękuję – powiedziałem z ulgą i pospiesznie wyszedłem z kostnicy.
   Żona nie wytrzymała i stała przed samochodem. Uśmiechnąłem się z daleka. Ona nie odwzajemniła uśmiechu, ale widziałem, że odetchnęła . Wróciliśmy więc do Dębek i przez kolejne dwa dni chodziliśmy tam i z powrotem i choć telefon naszej córki wciąż tu był, to jej samej nie mogliśmy znaleźć. Co gorsza, w jej aparacie co parę godzin pojawiała się wciąż nowa karta SIM i zanim znaliśmy jej numer, to był on już nieaktualny. To dodatkowo potęgowało nasze obawy, że może ktoś go jej jednak ukradł…
   Ale w końcu natrafiliśmy na jej ślad. Rozpoznała ją pani z recepcji pola namiotowego.
   – Była tu taka dziewczyna, ale dziś rano wyjechała.
   – Był z nią ktoś?
   – Mieszkała w tej grupie namiotów przy płocie – pokazała nam palcem recepcjonistka.
   Poszliśmy tam natychmiast i zapytałem dziewczynę przygotowującą posiłek, pokazując zdjęcie:
   – Nie znasz przypadkiem tej dziewczyny?
   – Była z nami, ale dzisiaj rano wyjechała – odpowiedziała po chwili.
   – Nie mówiła dokąd?
   – Nie, ale wiem dlaczego – odpowiedziała dziewczyna z chmurną miną. – Pożyczyła takiemu jednemu chłopakowi pieniądze i ten jej nie chciał oddać.
    Czyli została bez grosza?
   – Powiedziała, że starczy jej tylko na bilet do domu.
   Wyruszyliśmy więc znowu w drogę powrotną, gnani niepewnością. Mieliśmy nadzieję, że zastaniemy Basię w domu, lecz tam jej nie było. Doszliśmy do wniosku, że musiała pojechać do którejś z koleżanek. Wtedy dostałem od znajomego z policji numer komórki, który od paru godzin był przypisany do jej telefonu. Zadzwoniłem. Córka albo nie skojarzyła mojego numeru, albo po prostu nie spodziewała się telefonu ode mnie, bo odebrała.
   – Basia?! – w telefonie zaległo głuche milczenie. – Wiem, że tam jesteś, odezwij się.
   – Skąd macie ten numer?
   – Tylko tyle masz nam do powiedzenia?! To my się od paru dni uganiamy za tobą, jeżdżąc nad morze…
   – Skąd wiedzieliście, gdzie jestem?
   – Nieważne, grunt, że wiedzieliśmy. Teraz też wiemy – postanowiłem zablefować. – I jeśli nie chcesz, żeby twoja koleżanka miała nieprzyjemności, natychmiast wracaj do domu! – rozłączyłem się.
   Godzinę później na progu domu stanęła wystraszona i skruszona Basia. Ustaliliśmy wcześniej z żoną, że nie będziemy na nią krzyczeć, tylko pozwolimy jej się wytłumaczyć.
   – Co nam masz do powiedzenia?
   – No bo… no bo… ja już jestem prawie dorosła, a wy mi na nic nie pozwalacie.
   – I uważasz, że to usprawiedliwia to, co zrobiłaś?
   – No… nie – spuściła głowę. – Już tego nie zrobię, ale powinniście mi dawać więcej swobody.
   – Najpierw z powrotem musisz zasłużyć na nasze zaufanie – stwierdziłem surowo.
    już nic nie odpowiedziała. Widać było, że tych kilka dni „samodzielności” dało jej nieźle w kość i chyba czegoś nauczyło. W każdym razie od tamtej pory sprawia mniej kłopotów wychowawczych. I chyba trochę się boi, że i tak ją namierzymy. Bo ustaliliśmy z żoną, że dopóki Basia będzie mieszkać z nami, nie powiemy jej, skąd wiedzieliśmy, gdzie jest.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.